Michał Jelonek

Koncertowy zwierzak, wirtuoz skrzypiec, geniusz – określeń na jego temat znaleźć można w mediach wiele. Ma rzesze fanów, komponuje genialne kawałki, guru niejednego adepta muzycznej i scenicznej sztuki. Gra solo, gra w Hunterze, koncertuje na całym świecie. O kim mowa? – oczywiście o Michale Jelonku. Zgodził się on z nami pogadać w związku ze swoim kolejnym poznańskim gigiem, tym razem w Blue Nocie, a co powiedział – przekonajcie się sami!

Chodzą słuchy, że Michał Jelonek urodził się ze skrzypcami i smyczkiem w ręku… Prawda to czy nieprawda? Jakie były początki Twojego zainteresowania muzyką?

Nieprawda, ale jak to mówiłem już mówiłem wielokrotnie… Mając 6 lat mama zaprowadziła mnie do szkoły muzycznej, bo chciała, żebym grał na pianinie. Tam jednak nauczyciele, widząc że jestem tak zrezygnowanym dzieciakiem załamanym tą decyzją, postanowili, że będę grał na skrzypcach.

Podobał Ci się ten wybór? Przecież są one tak niepopularne…

Nie… Jasne, że nie… Skrzypienie i zarzynanie prosiaczka, jak to mogło pasować? (śmiech) Nienaturalne i masakrycznie długo trzeba ćwiczyć, żeby dźwięki w ogóle przypominały jakąkolwiek melodię.

Czy w dobie swoistego eklektyzmu muzycznego można określić jasne granice między gatunkami? Jeśli tak, to gdzie plasuje się Jelonek?

Aaaa to nie, to nie wiem… Ja jestem tylko muzykiem, tylko gram i nie znam się na krytyce muzycznej ani na gatunkach. Już dawno sobie zdałem z tego sprawę, że im więcej wiem, tym mniej wiem.

Można Cię jednak zaliczyć po części do muzyków metalowych, prawda? Szkoła muzyczna to jednak klasyczny repertuar, orkiestry, dyrygentura, sztywne ramy i pewne schematy. Daleka od nich droga do gitarowych riffów i metalowych szaleństw…

Nie aż tak daleka, bo się okazuje, że są te same emocje. Oczywiście, każdy kompozytor ma swoją charyzmę, swój profil. Wiadomo, że co innego gra Strauss, a co innego Beethoven. Ale tak naprawdę w tamtych czasach gwiazdami byli właśnie ci ludzie. Symfonie Beethovena wzbudzały skandale, niektóre z nich były zabronione. On niejako był jednym z pierwszych metalowców, który się buntował. Mozart przecież to samo. Większość z tych genialnych kompozytorów, to byli artyści, którzy się buntowali przeciw zastanym schematom i tym wszystkim tzw. tak się gra albo tak się komponuje i to przełamywali. Spójrzmy choćby znów na tego Beethovena i jego kompozycje: począwszy od okresu klasycyzmu, gdzie był zapatrzony w te klasyczne zasady komponowania, przez romantyzm. Możemy śmiało stwierdzić, że pod koniec życia był kompozytorem muzyki niemalże współczesnej. Widać, że on się rozwija, ale też jego muzyka czy emocje obecne też u Mozarta Haydna, Bacha i innych – ta sama rozpacz, ta sama miłość, te same rozterki życiowe są i teraz w utworach metalowych, rockowych czy popowych głębiej lub płyciej ukazywane. To jest to samo – tak jak teraz chodzi się na dyskoteki, techno party czy potańcówki, w tamtych czasach chodziło się do opery. Wiadomo, wtedy nie było mediów, były inne instrumenty czy techniki wykonawcze, ale zadanie muzyki ciągle pozostaje to samo – wyzwolić z siebie te niepokoje, rozterki i emocje, które tam – w środku – się gnieżdżą.

Czyli chciałeś przenieść repertuar, bądź co bądź, kultury wysokiej pod „rockowo – metalowe strzechy”…

Nie, no co Ty… Jak ja zacząłem grać punka czy bluesa czy rocka, to miałem 19 czy 20 lat i byłem po prostu gówniarzem. Nie miałem, żadnej misji do spełnienia, żeby przekazywać komukolwiek wiedzę. Wiadomo, że przez szkołę muzyczną byłem dość mocno muzycznie zamknięty w klasyce, ale pewnego dnia, gdy miałem jakieś 17 lat usłyszałem pierwsze kawałki punkowe. Usłyszałem Black Sabbath i parę innych rzecz, brat cioteczny przyniósł Zeppelinów, Pink Floyd i stwierdziłem, że to wszystko tam już jest. To samo za pomocą 60 osób w orkiestrze symfonicznej, można uzyskać za pomocą mniejszego składu i dobrze przesterowanej gitary, tak jak to robił Jimmie Hendrix chociażby. Oczywiście brzmieniowo nie będzie identycznie, ale znów – chodzi tu o emocje, o ten przekaz, o te dreszcze i gęsią skórkę na rękach, jak się tego słucha. Wyszło to bardzo spontanicznie, zacząłem szukać czegoś nowego poza klasyką, a że gram na skrzypcach i jest to instrument, na którym potrafię kilka dźwięków skleić, postanowiłem przy nich zostać. Poza tym, jest tylu gitarzystów i perkusistów, więc po co sobie życie utrudniać, prawda?

Skoro jesteśmy przy dreszczach i gęsiej skórce… Znany jesteś z niezwykle energetycznych gigów, hasasz po scenie, masz kapitalny kontakt z publiką… Jelonek na scenie to ten sam Jelonek, co w domu? Który z nich jest prawdziwy?

Po prostu nie wiem. Nie potrafię się bawić w psychoanalityka, a już tym bardziej własnej psyche nie będę analizował. Wiadomo, że jak gram dużo koncertów, to scena powoduje, że adrenalina krąży, jest stres. Wszystko to powoduje, że człowiek zamienia się w skaczącą małpę, ale jak wracam zmęczony do domu to nie skaczę, nie robię głupich min i krzyczę do wszystkich: „Pogo!” albo „ścianka śmierci!”, tylko zwyczajnie szukam wyciszenia.

Dlaczego bierzesz udział w aż tylu projektach jednocześnie? Jest przecież Jelonek solo, Hunter, grasz gościnne sesje, tworzysz muzykę do reklam i wiele innych. To kwestia kasy czy traktujesz to raczej jako wyzwanie

Bardzo często jest to kwestia wyzwania. Uwielbiam próbować ciągle czegoś nowego, nawet jeśli są to rzeczy teoretycznie bardzo odległe, jak choćby granie reggae na skrzypcach. Wiadomo, że jest to eksperyment, wiąże się z tym spore ryzyko i nie zawsze kończy się to sukcesem. Cóż – życie. Niemniej jednak jest to mój zawód i kasa jest też bardzo ważna. Pan, który przychodzi do mnie z rachunkiem za gaz czy za prąd, nie bierze ode mnie nowej piosenki czy melodii – on po prostu potrzebuje hajsu. Panuje u nas taka opinia, że najlepiej jest, by muzyk przymierał głodem i żeby jeszcze pracował w kopalni. Będzie bezsensem fakt, jeśli utrzymywałby się tylko z samej muzyki. No i tak to wygląda, że przyjmuję niektóre zlecenia jako muzyk sesyjny i jest mi za to płacone. Widocznie podobają się moje skrzypce i to jak gram.

A grasz przecież genialnie…

Nie, nie, nie! Geniuszem to ja nie jestem – bez przesady!

Ja wcale nie przesadzam… Przecież nie wyssałem z palca określeń: wirtuoz czy geniusz. Próżno szukać w Internecie i nie tylko jakiejkolwiek negatywnej opinii czy miażdżącej recenzji…

I to mnie nie pokoi. (śmiech) Powiem Ci jedno, opinia o tym, że jestem wirtuozem jest nieprawdziwa. Wiem, że kłamstwo powtarzane wielokrotnie nabiera światła prawdy, ale zawsze pozostanie kłamstwem. I mogę to sam poświadczyć, bo mam zaszczyt znać kilku wirtuozów i wiem, że daleko mi do nich. Mogę im czyścić buty jeśli chodzi o grę na skrzypcach. Zawsze z uporem będę się spierał takimi opiniami! Po drugie, jeśli artysta twierdzi, że jest geniuszem, że jest najlepszy na świecie, to śmiało można powiedzieć, że się skończył w tym momencie (śmiech). To znaczy, że to koniec jego rozwoju, bo nie ma czegoś takiego jak bezwzględna doskonałość. Jest tylko dążenie do doskonałości, dążenie do piękna. Możesz próbować TYLKO oszukiwać się, że ją osiągnąłeś – nic więcej. Ja mam tylko nadzieję, że będę mógł się jeszcze parę lat rozwijać i uda się jeszcze coś stworzyć, oczywiście nie bez błędu.

Odznaczenia państwowe są, statuetki i nagrody są, płyty są, gigi są, fani robią pogo, fanki piszczą pod sceną. Masz jeszcze jakieś muzyczne marzenia?

(salwa śmiechu) Jak są odznaczenia państwowe to mogę już spokojnie umierać! Ale na poważnie – mam wiele marzeń, choćby nagrać nową płytę jelonkową i żeby była fajna.

Właśnie! Jak długo każesz nam jeszcze na nią czekać? Wszak od Revenge minęły już dwa lata…

Mam nadzieję, że jak już skończyłem nagrywanie krążka z chłopakami z Huntera, to będę miał czas, żeby pochylić się w końcu nad nową płytą jelonkową.

Co cię bardziej kręci – festiwalowe, koncertowe granie live czy nagrywanie w studio?

Ciężko to tak jednoznacznie powiedzieć. Jedno i drugie ma swoje plusy i minusy. Zawsze jest stres przed tym, jak wszystko będzie wyglądało niezależnie czy to jest koncert czy studio. Jest to jak z malarzem, który swoje wyobrażenie przenosi na płótno. Zazwyczaj jest tak, że chce się coś poprawić, jest coś, co powinno być lepiej wykonane. Dla mnie zawsze to jest rodzaj ruletki. W studio masz komfort tworzenia, nikt nie patrzy, można coś powtórzyć czy poprawić, nie wiesz jednak jaki będzie odbiór słuchaczy; na koncercie grasz w czasie rzeczywistym, jest kontakt z ludzi, widzisz reakcje i emocje ludzi – mogą Cię ponieść albo ukradkiem zerkasz na zegarek i odliczasz do końca. Mam wrażenie, że obie formy się ze sobą łączą, bo ludzie często chodzą na koncerty dlatego, że nagrałeś taką, a nie inną płytę lub też nie chodzą, bo krążek jest taki, a nie inny.

A wyobrażasz sobie siebie jako 73-letniego dziadka szalejącego na scenie w stylu Keith’a Richardsa czy Micka Jaggera?

(śmiech) Powiem szczerze, że to jest dla mnie tajemnica. Mam wrażenie, że oni są wampirami chyba. Ja już teraz mam problemy, żeby sobie poskakać i ciężko mi to sobie wyobrazić za 20, 30 lat. Jestem dla nich pełen podziwu, naprawdę! Podobno są na to już jakieś metody, więc kto wie. (śmiech)

Czego zatem się życzyć na dalszy muzyczny żywot?

Zdrowia, standardowo zdrowia dla wszystkich. Dla Was też dużo zdrówka!

Mateusz Podlecki

Be Sociable, Share!
750X90staffperfect